Sławomir Wachowiak – pasjonat ceramiki chodzieskiej, były pracownik fabryki. Obecnie twórca grupy internetowej “Pasjonaci Porcelany Chodzież”, a także organizator corocznych zlotów miłośników ceramiki. Miłośnik fajansu Mańczaka, czyli wyrobów powstałych w czasach, gdy właścicielami fabryki byli bracia Mańczak. Sławomir mówi o sobie “pasjonat”, unikając słowa “kolekcjoner”, mimo że zbiór jego obiektów robi imponujące wrażenie, a słowo “kolekcjoner” samo ciśnie się na usta. Z Panem Wachowiakiem spotkaliśmy się w jego chodzieskim mieszkaniu.

Ze Sławomirem Wachowiakiem rozmawia Monika Petryczko.

POSŁUCHAJ!

 

PRZECZYTAJ!

Sławomir Wachowiak: Dzień dobry, nazywam się Wachowiak Sławomir, jestem pasjonatem porcelany, bo nie chcę mówić, że kolekcjonerem, ponieważ to jest zbyt duże słowo.

 Monika Petryczko: Jesteśmy w Chodzieży. To bardzo miła odmiana, że w Chodzieży mówimy o Chodzieży, bo ostatnio nas bardzo mocno nosiło, m.in. byliśmy w Obornikach Śląskich, a także w odległym od Chodzieży –  Zamościu. Teraz w Chodzieży. I o tę Chodzież chciałabym Pana zapytać. A dokładnie o Fabrykę Porcelany i Porcelitu w Chodzieży? Jakie ma Pan z tym miejscem połączenia? Co Pana z tym miejscem wiąże?

 Pracowałem w zakładzie porcelany na zakładzie nr 1 od 1993 roku do 2000 roku w transporcie zewnętrznym przy kaolinach, przy rozładunku. Kiedy Stamar kupił zakład porcelany nr 1, przeniesiono nas do zakładu nr 3. Tam jeszcze trochę byliśmy przy tych kaolinach, a potem już przenieśli wszystkich pracowników z transportu na szkliwiernię i tam pracowałem jeszcze 2 lata.

Czy Pan bezpośrednio zajmował się szkliwieniem?

Nie, nie. W czasie, gdy ja pracowałem, z pieca wychodziły wózki. One były w osłonach, w kapslach i my zdejmowaliśmy te kapsle, a dziewczyny rozładowywały talerze na kupeczki.

Ale napatrzył się pan jednak na to wszystko?

Tak, napatrzyłem się na stłuczki, na porcelanę. Obok była malarnia, obok była szkliwiernia, bo to wszystko było prawie połączone na jednej hali. Także to codziennie się widziało.

 Czy to jest tak, że kiedy się pracowało w fabryce, to znali się wszyscy?

Nie, ja dziewczyn na przykład z malarni znałem tylko kilka, a z produkcji wcale, bo kiedy pracowałem w transporcie, to głównie siedzieliśmy u siebie i rozładowywaliśmy kaolin. Jeździłem też na wózku widłowym, bo trzeba było dostarczać różne rzeczy do produkcji porcelany, czyli na szlamownię. Woziliśmy też do zakładów prywatnych masę odpadową, z której one robiły jakąś porcelanę. Potem też kupowały białą porcelanę z zakładu, ale później wydano zakaz. Nie pamiętam już, w którym roku zaprzestano kupowania sygnowanych wyrobów.

Czyli już nie można było fasonów chodzieskich wydawać na zewnątrz?

Głównie to była Iwona biała, a oni zdobili ją po swojemu i sprzedawali jako chodzieskie. To było tak, że większość ludzi do dzisiaj, jak widzi róże, to myśli, że to jest fason Iwona i obojętne, czy to będzie na jakiejś bombonierce, czy to będzie na jakimś słoniku czy łabędziu… Jak jest róża, to ludzie myślą, że to jest Iwona, a Iwona to jest fason. I tak właśnie zakłady prywatne zepsuły trochę tę Iwonę naszą… przez te świnki, szkatułki, łabędzie w różyczki. Ludzie to utożsamiają i my zawsze poprawiamy, że to nie jest zakład porcelany w Chodzieży, tylko to jest zakład prywatny, bo Chodzież nie robiła takiego badziewia.

Co sprawiło, że Pan się stał pasjonatem?

Praca w porcelanie. Zbierałem, zbierałem, zbierałem wszystko, ale z powodu małego mieszkania musiałem się określić. I określiłem się w sumie na porcelanę do 1945 roku od 1855 roku, gdy zakład ruszył… A nie jak podają źródła 1952 r., bo to była data związana z wizytą Gierka, który dwukrotnie był w zakładzie. Zmieniono datę powstania zakładu specjalnie na czas jego wizyty, żeby była równo, okrągła rocznica..

 …czyli kiedyś mówiono albo często się mówi, że trawniki maluje się na zielono… w tym przypadku doszło do zmiany daty…

Tak. Wiadomo, jakie były czasy.

Powrócę jeszcze do tego pytania odnośnie do bycia pasjonatem, bo powiedział Pan, że Pan swego czasu zbierał wszystko. W pewnym momencie to wszystko zamieniło się w konkretne selekcje, konkretne wybory i chyba wtedy stał się Pan kolekcjonerem?

Nie… ja myślę, że kolekcjonerstwo to jest takie zbyt duże słowo. Nie chcę być utożsamiany z kolekcjonowaniem. Ja jestem pasjonatem, dlatego jest dziś grupa Pasjonaci Porcelany Chodzież, bo ja jestem pasjonatem, a jak sama pani widzi… tak jest.

Tak… Widzę piękną witrynkę z pięknymi serwisami i pięknymi garniturami…

Tak. To jest na przykład z sygnaturą Annaburga od 1891 roku do 1921 roku. Jest tylko jeden problem. Wiadomo, że ta sygnatura była do wspólnych zakładów, gdy Chodzież była połączona z Annaburgiem, ale nie ma żadnej dokumentacji, co gdzie było robione. I do dzisiaj nie wiadomo, czy to było robione w Chodzieży czy to było robione w Annaburgu. Gdzieś ta dokumentacja przepadła. W ogóle jest bałagan z dokumentacją, jeżeli chodzi o wyroby chodzieskie, bo nikt nie prowadził żadnego katalogu, żadnego spisu. To ponoć znikło wszystko na zakładzie nr 1.

Czy to jest gdzieś do odzyskania?

Raczej nie. Trochę ludzi znam i odzyskałem część dokumentów z lat 60., z lat 50., ale jednak wolałbym mieć informacje na temat tych obiektów, które mam. Z czasów, kiedy fabryka Ćmielów przejęła Chodzież, to jest dokumentacja: albo u nas trochę albo w Ćmielowie. Niezgodność jest tylko z sygnaturami i właśnie chciałbym tutaj powiedzieć o tych sygnaturach…

bo wiem, że jest Pan specjalistą…

Specjalistą to, można powiedzieć, jest pan Jacek Nowicki, który jest dla mnie bardzo wielkim autorytetem, jeśli chodzi o porcelanę Ćmielów i o sygnatury. Zanim pan Jacek Nowicki ułożył specjalnie dla nas chronologicznie te sygnatury, które tutaj są pokazane w publikacji….

o której też na pewno powiemy…

 wszystkie katalogi, wszystkie publikacje, które były na temat sygnatur chodzieskich, podawały sygnaturę C w trójkącie i sygnaturę CH w trójkącie, były datowane na lata trzydzieste. Ale to jest nieprawda. Ja udowodniłem to na fasonie Szczecin, bo znajoma akurat z grupy miała fason Szczecin z sygnaturą CH i z sygnaturą C w trójkącie. Ten trójkąt jest tam bodajże fioletowy. I udowodniłem to. Fason Szczecin pojawił się w katalogu porcelitu z 1948 roku, czyli mógł być produkowany po 1945 roku. Pan Jacek ułożył nam te sygnatury.  A jeszcze wracając do sygnatur, które były źle podawane… Fabryka Porcelany i Wyrobów Ceramicznych S.A.  zarejestrowała znak Ć w trójkącie w 1925 roku, cofając się o wyroby od lat 20. I jeśli Chodzież chciała zaznaczyć, że to jest chodzieski wyrób, to było pod spodem napisane Chodzież, ale w trójkącie było Ć, a Chodzież  C zaczęła dawać na swoich wyrobach dopiero po 1945 roku. Niemożliwością było, że ta sygnatura była stosowana w tamtych latach.

Gdybyśmy mogli ten temat przybliżyć takiemu laikowi, który chciałby rozpocząć swoją przygodę właśnie z porcelaną czy ceramiką chodzieską, to co na początek on musiałby wiedzieć o tych sygnaturach? Jeśli będzie na przykład stałym bywalcem pchlich targów…

 Nie sugerować się sygnaturami, które są dostępne w internecie, bo one są błędne. U nas na grupie jest wrzucony link i można zamówić i kupić książkę. Tam są chronologicznie ułożone przez pana Jacka Nowickiego sygnatury.

A mówimy o publikacji, która nazywa się Ceramika chodzieska w zbiorach prywatnych. Tę publikację popełnił Pan wraz Moniką Burchardt i jeszcze z kilkoma osobami. Widać, że to jest kawał dobrej roboty, sporo papieru, sporo informacji, a także zdjęć. Rozumiem, że ta publikacja jest dostępna w internecie, jeśli ktoś chciałby głębiej w temat wejść.

Tak. U nas na grupie jest wstawiony link, można zamawiać. Drukujemy to w Niemczech. I my na tym z Moniką nic nie zarabiamy. Ja zawsze chciałem to zrobić i zbierałem materiały dosyć długo. Monika to pięknie oprawiła graficznie i pomagała mi, wyłapywała błędy, pisała do mnie, a ja poprawiałem znowu.

 Najważniejsze, że jest efekt i że można się dzielić tą wiedzą.

Fajne jest w tej książce, że tu są zdjęcia. To nie są fotografie profesjonalistów, tylko to są zdjęcia robione telefonami, aparatami fotograficznymi. To są zdjęcia pasjonatów, kolekcjonerów z naszej grupy.

Świetnie… bo właśnie cały czas wracamy i odwołujemy się do grupy, którą Pan w internecie założył.

Ja ją kiedyś założyłem jako alternatywę taką… Bo prowadziłem kiedyś z Piotrem grupę (przyp. red.,  Urok Chodzieskiej Porcelany), ale chciałem spróbować czegoś innego i założyłem Pasjonatów. Założyłem ją trzy lata temu i stwierdziłem, że muszę zacząć ją rozkręcać, bo ona tak trochę podupadała. I teraz się trzyma dobrze. Jeszcze podziękuję moim… bo jest nas czworo: jestem ja, Ania i  Łukasz – świrusy, no i strażnik Teksasu – nasza Eliza, która robi taki fajny cykl… Wprowadziła weekendy z danym serwisem: daje opis, wymiary i ludzie pokazują swoje kolekcje, np. teraz był weekend z fasonem Karol i ludzie pokazywali, jakie mają fasony, jaki jest dany fason, jakie mają serwisy Karol.

To jest bardzo ważne, że w przestrzeni internetowej ludzie się spotykają i dzielą informacjami. W zasadzie im więcej takich grup, tym lepiej…

Tak, zgadza się, bo myślę, że jedna grupa z drugą nie koliduje. Fajnie, że każda grupa robi swoje zadania i nie wchodzimy sobie w drogę.

Tak, tym bardziej, że faktycznie brakuje takich publikacji, które by historię fabryki chodzieskiej zebrały w całość albo chociaż jakoś tak pigułkowo potraktowały… więc ten internet i te grupy są pewnego rodzaju kierunkowskazem, wybawieniem dla pasjonatów i poszukujących.

 Dlatego powstała ta książka… bo nie ma żadnej publikacji chodzieskiej. Jest jakaś typowo ćmielowska, wałbrzyska, ale typowo chodzieskiej nie ma. Wyszły publikacje zakładowe, które też posiadam, ale tam jest tylko kilka serwisów i nic więcej. A tu od 1855 roku do 1970 roku są: wszystkie serwisy,  prawie wszystkie figurki. Jest też kilka serwisów, które są niezidentyfikowane, bo nie ma żadnego materiału, nie ma żadnych dokumentów.  A ludzie, którzy pracowali w tym czasie, już nie żyją  albo już są w pewnym wieku, że nie pamiętają. Bardzo dużo udało nam się jednak znaleźć.

 Zapytam tak tendencyjnie, sugerując trochę odpowiedź, ale już się nasłuchałam tych historii. Co Pana najbardziej bolało, kiedy się okazało, że ta fabryka się zamyka? Albo że zamyka się jeden zakład, drugi zakład, albo że właśnie inny gracz na rynku ceramicznym przejmuje Chodzież? Ten cały los chodzieskiej fabryki jest taki smutny w zasadzie…

 Tak. Dużo ludzi straciło pracę. Bardzo dużo znajomych tam pracowało. Coś znikło. Chodzież była znana zawsze z porcelany praktycznie. Gdzie się nie jechało, Iwona… Dopiero jak powstały te grupy porcelanowe, ludzie zobaczyli, że Chodzież nie tylko robiła Iwony. Robiła Reginę, za którą ludzie teraz szaleją. Robiła inne serwisy: Alicję, Elżbietę, Aldonęw różnych malaturach, w różnych wzorach.

Nie ukrywam, że zanim włączyliśmy mikrofon, najpierw udało mi się zobaczyć tę witrynkę, obok której siedzimy, ale w drugim pomieszczeniu ściany wypełnione są paterami – w cudzysłowie mówię – “Mańczaka”, bo to taki trochę skrót myślowy.

Tak, my tak mówimy: Mańczak

 I zresztą Pan o sobie też mówi, że jest fanem czy miłośnikiem tej mańczakowej ceramiki

Fajansu, tak samo jak Annaburg – to jest fajans…

Gdzie Pan tego szuka? Jak to do Pana trafia?

Trochę w Chodzieży znalazłem, ale też dużo grupa… Ludzie z grupy wiedzą, co ja kolekcjonuję. I sami mi przysyłają. Pani Magda, która dba o mnie, mam Renatę, od której dostałem masę pater. 70% pater jest od mojej kumpeli Renaty.

 I dlaczego patery akurat? Co w nich takiego jest?

Widziała pani… one są piękne, ręcznie malowane i to są szablonówki. Później pani pokażę, które są robione szablonowo, a gdzie są jakieś delikatne różnice… Wiadomo, nigdy nie było jednego szablonu. Było ich kilkanaście: tam nie było drzewka, tam gałąź inaczej, tu gdzieś zapomnieli łódki… ale niby to samo kolorystycznie. Mówią, że mam jedną z największych kolekcji pater w Polsce. Nie wiem… ale jak tak mówią, to niech tak będzie…

 Niech tak będzie… Czy zdarzyło się Panu, żeby zaprezentować publicznie swoją kolekcję czy swój zbiór?

Nie, głównie to widzą to tylko znajomi, ale jestem w trakcie rozmów. Na pewno będzie w maju wystawa w bibliotece chodzieskiej. Rozmawiałem już z panią Karoliną i z panią dyrektor. Może wcześniej będzie w Szamotułach. Chciałbym, żeby to ludzie zobaczyli, bo to jest kawał historii tej ceramiki, porcelany i fajansu chodzieskiego. To jest coś, co nie każdy zbiera. Powiem szczerze, że ja Annaburga nigdy nie widziałem przedtem. Pierwszy raz, gdy trafiłem na ten błękitny Annaburg z prawej strony. Cztery, pięć lat go zbieram i jak znajomi coś mają, to zawsze mówią: mam to. Ja kupiłem tylko dzbanek, dwie filiżanki i udało mi się zebrać już trochę.

A od jakiego czasu trwa przygoda Pana ze zbieraniem, z Mańczakiem?

Przygoda z porcelaną trwa od lat 90. a z Mańczakiem od pieciu, sześciu lat.

I jeżeli mówimy Mańczak, to mamy na myśli tylko projekty, które wyszły spod ręki Stanisława Mańczaka?

On nie robił na wzorach Chmielowa i Chodzieży, tylko robił swoje. Potem była fabryka. Przejęli to: Kapczyński – Szrama od 1936 do 1939 roku. I oni kontynuowali wszystko na formach Mańczaka, ale też dodawali swoje wzory. Mam oba katalogi i widać, jaka jest różnica. A jeszcze chciałbym coś zdementować… W wielu katalogach, w  publikacjach jest podawane, że fabryka niemiecka Kolmar, która przejęła zakład w 1939 roku po Kapczyńskim-Szramie, nie używała starych form Ćmielowa i Chodzieży. Jest to nieprawdą. Przykladem jest Bałtyk z sygnaturą Kolmaru.  Ten tutaj… który jest niezidentyfikowany. Tam są fliżanki 520. Bardzo dużo z serwisów, fasonów było robionych na starych formach Mańczaka.

A co jest największą Pana zdobyczą?

Największą moją zdobyczą…wszystko… Jakoś tak nie wyróżniam niczego. Wszystko jest piękne, wszystko jest cudowne.

A  najdłużej faktycznie Pan zbierał ten błękitny garnitur?

 Cztery lata go kompletuję.

I on już jest kompletny?

Nie, jeszcze mi brakują: cztery filiżaneczki, cztery spodki i cztery desery.

Bo te obiekty przychodzą do Pana z całego świata,  powiedzmy, że z Europy głównie?

Tak. Magda mi przysyła z Belgii. Teraz idą dwie patery z Francji. Pan Krzysztof z Holadii też mi przysłał, bo Mańczak dużo robił swoich wyrobów na rynek holenderski. Widziała pani, że dużo jest pater z motywem wiatraków. Tych holendeskich właśnie i one szły głównie na eksport do Holandii, do krajów Beneluksu.

Czyli generalnie w Europie tej Chodzieży trochę jest?

Trochę jest. Teraz pani mi znalazła dwie patery na pchlim targu we Francji.

Wspaniała to jest historia. Tym bardziej żal tej fabryki i tej historii, że ona nie jest kontynuowana. Myślę, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że ogromny zakład, mnóstwo fasonów, mnóstwo ludzi, serce miasta i jakoś to się tak skończyło… Może w pewnym momencie przestaniemy wylewać te krokodyle łzy, a jednocześnie się wkręcimy wszyscy jako pasjonaci porcelany czy ceramiki chodzieskiej. I to będzie swego rodzaju kontynuacja.

Jeszcze wspomnę jedną fajną historię. Kupiłem od znajomego z Poznania dzbanek kolmarowski. I piękna jest historia tego dzbanka, który wędrował od 1939 roku. To jest jeszcze dzbanek z czasów, kiedy Niemcy przejęli zakład i nie mieli jeszcze swojej sygnatury – tej z mieczykiem.  Dawali wtedy przez trzy czy cztery miesiące herb chodzieski jako swoją sygnaturę. Tam jest piękna historia tego dzbanka, jak przywędrował z babcią i prababcią przez całą Polskę. Całość losów dzbanka można przeczytać na naszej grupie.

To są właśnie takie historie. Przedmioty opowiadają trochę szerzej.

Każdy przedmiot, każda ta porcelana, każda ta filiżanka ma jakąś swoją historię. Tylko ciekawe, jaką…

A ma Pan takie myśli,  zastanawia się na przykład, kto z tej błękitnej filiżanki…

Kto pił? Nie raz…

I jak Pan obstawia?

Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia. Chciałoby się wiedzieć. Ostatnio dzięki mojej kumpeli Renacie z Warszawy nabyłem zestaw toaletowy Mańczaka. Nikt go chyba nie ma. Katalogowy. To jest dla lalek. Dla porównania –  tam jest większy dzbanek z zestawu toaletowego. Sam dzbaneczek ma 13 cm i powiem Pani szczerze, że nigdy go nie widziałem na żywo. Widziałem go tylko w katalogu, w takim fajnym pudełku. Mam jeszcze też zestaw obiadowy dla lalek, też bardzo poszukiwany, też Mańczaka. Fajans.

Naprawdę życzę Panu wielu wystaw, bo tym się warto dzielić, opowiadać. To są po prostu niesamowite historie.

Tylko znajomi to widzą, którzy przychodzą. Ludzie są zdziwieni, że tak piękne wyroby powstawały przed wojną – kolorystycznie i zdobniczo. To było wszystko pięknie ręcznie malowane, bo Mańczak rzadko kalki używał, wcale chyba nie…

Słyszałam, że Pan miał też przygodę z kalką?

W dziale tradycji historii były warsztaty naklejania kalki. Pierwszy raz miałem okazję pobawić się z kalką i stworzyłem dwa kubeczki, taką kosteczkę i dwa spodki. Teraz to będzie wypalone i do odebrania w bibliotece. Już się doczekać nie mogę. Na kolejnym zlocie naszej grupy planujemy takie warsztaty z panią Dorotą, która ma pomysł, jak zrobić warsztaty malarskie i naklejania kalki. Ludziom to się podoba, bo teraz na zlocie naszej grupy, gdy pan Krzysztof malował, wszyscy byli zachwyceni.

Po to jest zlot miłośników. W tym roku była trzecia edycja?

Tak trzecia.

I to też jest inicjatywa, którą Pan organizuje, ją koordynuje i…

Nie, nie tylko… jest nas dwóch: ja i pan Karol Trzebny, który w Strasznym Dworze ma hotel I restaurację i tam się to odbywa. To nie jest przypadkowe miejsce, bo w Strasznym Dworze mieszkał Stanisław Mańczak. Tam była jego posiadłość. I dlatego to jest jakby kolebka tej porcelany. Cudowne miejsce w plenerze, bardzo dużo ludzi było na zlocie w tym roku.

W zasadzie przyjeżdżają osoby z całej Polski i wszyscy oni są pasjonatami i zbierają, i mają jakąś taką swoją…

Swojego bzika. Ja mówię, że mamy bzika…

Pan jest specjalistą od Mańczaka…

A nie… Specjalistą to może nie. Coś tam po prostu wiem. Specjalista to za duże słowo.

Dobrze, dobrze.. A jak Pan patrzy na tych uczestników zlotów, to oni w czym są… Coś tam wiedzą?

Każdy jest czymś dobry. Jedni zbierają same patery pikasiaki, inni wazoniki, drudzy jakieś tam serwisy czy Elżbietę w różnych malaturach. Jest pan, który zbiera same mleczniki od Romana. Ludzie różni.

Same mleczniki od Romana?

Tak. 120 ich ma.

Roman miał bardzo wiele dekoracji, prawda?

Tak, bardzo dużo. To był chyba serwis, który był wypuszczony w największej liczbie dekoracji, bo to była i kalka, i rzadko ręcznie malowane.

To też był bardzo popularny fason, bo on szedł i do domów, ale też do stołówek.

Były też kubeczki ładne i one były w przedszkolach głównie.

Będziemy na pewno wypatrywać nowej edycji zlotu miłośników porcelany z Chodzieży. Bardzo zapraszamy do zaglądania na grupę Pasjonaci Porcelany Chodzież i oczywiście poszukiwania publikacji: Ceramika chodzieska w prywatnych zbiorach.

Warto mieć tę książkę, choćby do tego, żeby zobaczyć, jakie produkowano fasony, bo naprawdę są piękne zdjęcia i można podziwiać kolekcje ludzi.

No i można po prostu poczuć się jak w domu wielkopolskim. Zobaczyć, z czego Wielkopolska słynęła przez bardzo wiele lat. Myślę, że będziemy się jeszcze wokół tego tematu kręcić i rozmawiać o swoich ulubionych fasonach. A ma Pan swój ulubiony?

Gdybym miał się wybrać na bezludną wyspę z ekspresem do kawy, to zabrałbym ze sobą fason 1500. Fajne fiżanki, duże. Ten mi się najbardziej chyba podoba. I Roman jest fajny, bo Romek ma fajne, wygodne ucha… to bym zabrał na bezludną wyspę.

Czy ma Pan coś od siebie do powiedzenia? Takiego, co warto przekazać osobom, które się interesują…

…żeby nie wyrzucali porcelany. Bo powiem pani szczerze, że jak przechodzę czasem przez osiedle i widzę kubły na gruz, a w nich całe serwisy, pozbijane wazony, to aż mi się serce kroi. Młodzi ludzie nie szanują porceany w ogóle. Kolekcjonujcie ludzie…

…albo przekazujcie dobrym ludziom, którzy będą wiedzieli, co z tym zrobić.

Tak, jeżeli chcecie wyrzucić… Sprzedajcie to chociaż za parę groszy, będziecie mieli jakieś pieniądze. Nie wyrzucajcie, bo to grzech.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Organizator: Pracownia VZORY/ Stowarzyszenie MiastoHolizm
Realizacja video i audio: Czarna Mewa Studio
Oprawa graficzna: Ewa Kaziszko Motif Studio
Produkcja i koordynacja: Monika Petryczko
Redakcja tekstów: Aleksandra Ratajewska
*Projekt jest współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego